Jeśli ktoś łudził się, że Stany Zjednoczone w polityce zagranicznej zaczną szeptać zamiast krzyczeć, ostatnie wydarzenia jasno rozwiały te złudzenia. Po pamiętnej Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa, wiceprezydent USA J.D. Vance swoim śmiałym wystąpieniem pokazał, że – cytując klasyka – „Amerykanie zawsze znajdą właściwe rozwiązanie, po tym jak wypróbują wszystkie inne”. Historia zdała egzamin z logiki i znów powiewa wiatrem zmian na korzyść Waszyngtonu.

Od batorzenia do brawury

„Batorzenie” europejskich przywódców, jak ujęli to niektórzy komentatorzy, może brzmieć jak afront – jednak patrząc trzeźwo, Ameryka zawsze słynęła z tego, że w kwestiach globalnego bezpieczeństwa woli działać niż dywagować. Coś jak w anegdocie z czasów II wojny światowej, gdy jeden z doradców Roosevelta rzekł do niego: „Panie Prezydencie, w Europie analizują i uchwalają kolejny pakt, a my… ratujemy kolejne miasta.” Roosevelt miał tylko mrugnąć okiem i odpowiedzieć: „I tak ma być.”

Logika i przebojowość rodem z Hollywood

Pewnego razu Winston Churchill powiedział: „Można zawsze liczyć na to, że Amerykanie zrobią to, co należy – po wyczerpaniu wszystkich innych możliwości.” Przez dekady ten bon mot uchodził za lekko zjadliwą, ale w gruncie rzeczy trafną charakterystykę amerykańskiej natury. Dziś, w erze J.D. Vance’a i Donalda Trumpa, należałoby dodać: „…i nie przejmą się, gdy kogoś zaboli.”

Kiedy Europa głowi się nad kolejnymi szczytami i nie do końca wie, czy bardziej boi się własnych sporów czy rosyjskich ambicji, Stany Zjednoczone jasno wytyczają kierunek. Międzynarodowe negocjacje potrafią ciągnąć się latami, a w tym czasie mocarstwa autorytarne (jak Rosja czy Chiny) nie próżnują. Amerykanie wolą zatem postawić sprawę jasno: „Zróbcie to, co słuszne, bo inaczej…” I, co ciekawe, często to działa.

Historie, które piszą nową epokę

Plan Marshalla – amerykańska wizja odbudowy powojennej Europy, która stała się realną pomocą gospodarczą i impulsem do integracji kontynentu.

Most powietrzny do Berlina – gdy Sowieci blokowali miasto, USA wolały startować z transportami zaopatrzenia dzień w dzień, niż prowadzić długie dyskusje z Kremlem.

Kryzys kubański – świat był o krok od nuklearnej zagłady, a John F. Kennedy nie wahał się twardo powiedzieć: „Koniec dyskusji, początek działań.”

Każda z tych historii pokazuje, że za amerykańską „arogancją” często stoi konsekwentna i, co tu kryć, skuteczna logika. Stany Zjednoczone nierzadko działają metodą faktów dokonanych, co w polityce globalnej bywa bardziej efektywne niż wieloletnie spory w zaciszach gabinetów.

Wiatr historii znów przychylny dla USA

Po latach, w których wielu analityków wieszczyło schyłek amerykańskiego przywództwa, okazało się, że brzemienne w skutki wydarzenia w Ukrainie i dynamicznie rosnąca pozycja Chin stworzyły przestrzeń, w której konieczny jest mocny głos. USA, niczym reżyser z Hollywood, który wprowadza do fabuły nowego superbohatera, weszły na scenę z rozmachem i przypomniały światu: „Uwaga, oto my.”

Czy to się opłaca?

Oczywiście, można pytać, czy takie „batorzenie” przywódców europejskich nie zrodzi odwrotnych skutków – zwłaszcza w kontekście planów pokoju w Ukrainie czy napięć wokół wolności słowa. Być może niektóre stolice Starego Kontynentu poczują się urażone. Jednak jeśli popatrzymy wstecz, to właśnie w momentach, gdy Ameryka podejmowała niepopularne decyzje, zatrzymywała bieg dziejów w niebezpiecznym kierunku.

Jak mawiał Ronald Reagan: „Pokój przez siłę.” Współcześnie moglibyśmy dodać: „A jeśli siła werbalna nie wystarczy, to zawsze pozostaje logika interesów i… dopłynięcie do brzegu unijnego sporu we własnym stylu.”

Podsumowanie – humor i konsekwencja

W wielkiej grze o światowy ład Stany Zjednoczone często przypominają szeryfa z westernu: wygłaszają moralizatorskie mowy, czasem używają niewyszukanych środków perswazji, ale jednocześnie zapewniają, że miasteczko nie wpadnie w ręce bandytów. Może nie każdemu pasuje taki styl, jednak w chwilach największej próby – czy to w czasie zimnej wojny, czy kryzysów gospodarczych – to właśnie amerykańska determinacja i prostolinijność wyciągały sojuszników z opresji.

Bo czy nam się to podoba, czy nie, kiedy wiatr historii zmienia kierunek, Stany Zjednoczone zazwyczaj już stoją przy sterze z gotowym planem. A że przy okazji potrafią lekko przytemperować europejskie ambicje? Cóż, w długiej perspektywie właśnie taki duet – amerykańska przebojowość połączona z europejską tradycją – wielokrotnie ratował świat przed katastrofą.

Tylko czy Europa – wciąż dumna ze swojej tradycji? – Obudzi się w porę, by nie wypaść z koncertu wielkich potęg?

By PK

10 komentarzy do “Batorzenie europejskich przywódców – Ameryka z przytupem przejmuje ster historii”
  1. Zdegenerowane, skorumpowane elity nie odejdą z własnej woli. Trzeba ich wykopać albo pociągną nas ze sobą na dno

  2. W Europie nie ma prawdziwych przywódców, są płaczliwe marionetki, z którymi nikt nie chce rozmawiać bo i po co

  3. Eurokomuna stworzyła bańkę, w której schronili się wszyscy oderwani od rzeczywistości. Teraz nie dość, że bańka pękła to jeszcze Jankesi zwijają parasol ochronny. Eurokraci wyglądają jak ryba wyrzucona na piasek

  4. J.D. Vance wygarnął europejskim lewakom prawdę prosto w oczy a ci się popłakali. Lewactwo rozmiękcza mózg

  5. Pod światłym przywództwem obecnego gangu Europa nie jest żadną siłą gospodarczą a tym bardziej polityczną. Euromatołki nie chcą tego przyjąć do wiadomości

  6. Europejscy komuniści będą jeszcze trochę wierzgać i tupać nóżkami ale to się już kończy. Tusk może dostąpi zaszczytu wyprowadzenia sztandaru

  7. Płaczący /jak Hołownia nad Konstytucją/ Przewodniczący Konferencji w Monachium to jest najlepszy obraz europejskiego przywództwa. Trump nie ma tu z kim gadać

  8. W Europie nie ma przywódców, którzy mieliby demokratyczny mandat do rządzenia To jest zamknięty krąg fajtłapów, którzy promują się nawzajem. Za nasze pieniądze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *